MAGAZYN BRANŻY GEMMOLOGICZNEJ I JUBILERSKIEJ

ARTYKUŁY

Artykuły » Gems & Jewelry Numer 3 » Wywiad - Franciszek Wiegand

Moje Życie, Moje Myśli, Moje Pasje
– Mój Wybór

Justyna Ożdżeński

Może nie dziś, ale za kilkadziesiąt lat… Chciałabym mieć tyle siły, determinacji i energii w sobie ile ma Pan Franciszek. Tego mu zazdroszczę...

GEMS&JEWELRY:

Panie Franciszku, czy to los pokierował Pana życiem, czy to był Pana świadomy wybór, żeby dążyć do tego, by stać się jednym z najlepszych fachowców w swej dziedzinie?

FRANCISZEK WIEGAND:

Mój wybór… pod warunkiem, że cokolwiek jest naszym wyborem. Wpisałem się w boski plan i doprowadziłem go do końca, zrobiłem to świadomie i dobrowolnie, więc to chyba jednak mój wybór. Pewnie gdybym nie chciał być zegarmistrzem, byłbym mechanikiem, bo to mój oficjalnie wyuczony zawód. Gdybym poszedł tą drogą nie rozmawialibyśmy tu i teraz, no chyba, że i Pani zboczyłaby z drogi przeznaczenia. Myślę, że oboje robimy to, co jest naszym przeznaczeniem, skoro robimy to dobrze i  ielką radością.

G&J:

W którym momencie życia rozpoczyna się Pańska przygoda z zegarami?

F.W.:

Trudno mi to dokładnie określić. Tak naprawdę ojciec zajmował się zegarmistrzostwem, ale też nie od zawsze. Długi czas, patrząc na jego pracę i zamiłowanie, uczyłem się, robiąc coraz krok do przodu. Ojciec chciał, żebym pracował w tym zawodzie, ale sam do końca nie wierzył, że tak będzie. W głębi serca czułem, że mu na tym zależy, ale nie był apodyktyczny i nie chciał mi nic narzucać. Być może dlatego, że miałem prawo wyboru, nie musiałem się sprzeciwiać ani buntować jak to w młodzieńczym wieku bywa. W głębi duszy chciałem spełnić może nie tyle oczekiwania, co bardziej marzenia ojca i dlatego zdałem egzamin czeladniczy. Ojciec wtedy wiedział, że moje umiejętności to jeszcze nie ten poziom, by mówić o mnie jako o fachowcu. Wierzył, że zdam, ale liczył bardziej na moje szczęście, niż umiejętności. Zdałem egzamin i to był dobry początek, by rozwinąć skrzydła, ale robiłem to bardzo stopniowo, ciągle trzymając zawód zegarmistrza raczej w rezerwie. Myślałem o tym jako o alternatywie do nudy, która wkrada się w życie człowieka na emeryturze. Wtedy tak myślałem, a ziś jestem na emeryturze i ciągle brakuje mi czasu…

G&J:

Jaki był w takim razie kolejny kluczowy krok w kierunku obecnie wykonywanego zawodu?

F.W.:

Trochę wstyd mi się przyznać, ale skoro to ma być szczera rozmowa… Koledzy, znajomi, wiedząc że jestem czeladnikiem przynosili mi ciągle zegarki i zegary do naprawy. Wtedy nie byłem jeszcze tak obowiązkowy, tego nauczyłem się później. Zegarki leżały na moim biurku, aż ojciec to zauważył i często wykonywał te prace za mnie, odkładając bez słowa naprawione zegarki w to samo miejsce. Oczywiście okazywałem mu wdzięczność, ale zyski pozostawiałem dla siebie. Klienci byli zadowoleni, a reklama roznoszona pocztą pantoflową okazała się najskuteczniejszą. W końcu nadeszły takie dni, kiedy zegarki stały się codziennością. Choć myślę, że był jeszcze jeden przełomowy moment, kiedy krótko po tym, jak się ożeniłem, ojciec, będąc gospodarnym, zapytał, czy chciałbym zabrać do mojego domu stary zegar z piwnicy. Pomyślałem sobie; młoda żona, stary zegar - no nie bardzo. W małżeństwie decyzje podejmuje się wspólnie, wiec zapytałem żonę, czy aby na pewno nie chce tego zegara i wtedy ku mojemu zdziwieniu ona mówi, że chce. Poszedłem do piwnicy i zobaczyłem, że zegar wraz z gwoździem leżą na podłodze. Nie muszę dodawać, że zegar był całkowicie zniszczony. Pomyślałem, co ja teraz zrobię, co ojciec o mnie pomyśli, a moja żona? Przecież to wygląda teraz tak, jakbym to ja go celowo zrzucił. Postanowiłam naprawić zegar. Poświęciłem temu wiele czasu, ale takiej satysfakcji przy pracy z jakimkolwiek zegarem nigdy wcześniej nie czułem. Po pierwsze robiłem to, bo chciałem, nikt mnie o to nie prosił, nikt na to nie czekał, a po drugie robiłem to dla siebie, wiedząc, że ten zegar zgodnie z wolą żony zawiśnie na ścianie w naszym domu. To był pierwszy zegar, który sam wykonałem, a raczej odtworzyłem w całości. Od tego czasu w moim warsztacie powstało już około pięćdziesięciu zegarów, ale ten pierwszy ciągle wisi na naszej ścianie. 

G&J:

Rozumiem, że w tym momencie wiedział Pan już, co zrobić, by czuć się spełnionym zawodowo człowiekiem?

F.W.:

Dokładnie. Poczułem, że chcę to robić. Że chcę to robić nie dla pieniędzy, bo to nie daje mi motywacji i pełnej satysfakcji. Chciałem to robić, bo uświadomiłem sobie, że to kocham. Że realizuję swoją pasję i ozwijam swój talent konstruktora. Zrozumiałem, że miłość nosi się w sercu, a ie w głowie. Wcześniej nie byłem pewny, bo patrzyłem na zegarmistrzostwo jak na zawód, a nie jak na zamiłowanie. Wkrótce zdałem egzamin mistrzowski. Ojciec już wtedy nie żył, ale czułem, że byłby ze mnie dumny. Moim celem stało się dążenie do szwajcarskiej jakości i precyzji. Ten cel przyświeca mi do dziś.

 G&J:

Czy ma Pan jakieś negatywne doświadczenia związane z zawodem?

F.W.:

Niewiele, ale jest jedno takie, utkwiło mi w pamięci do dziś. Kilka lat temu pojechałem na targi EXPO. Przeglądałem jedną z branżowych gazet. Z niedowierzaniem zobaczyłem moje zegary. Pomyślałem: „[…]niemożliwe, ledwo przyjechałem, a uż jestem w gazecie […]’’. Wtedy jeszcze moja twórczość nie była powszechnie znana, a ym bardziej nie pisały o mnie gazety branżowe.

Okazało się, że jeden ze stałych kontrahentów sprzedawał moje zegary jako swoje rękodzieło. Poczułem się oszukany.  Do dziś nie mogę zrozumieć, co czuje złodziej, którzy żeruje na pracy, doświadczeniu i zaangażowaniu innych. Jedno wiem na pewno: jednych przy życiu utrzymuje pasja, innych pieniądze.

G&J:

Dziękuję bardzo za poświęcony czas. Czy chciałby Pan jeszcze jakoś podsumować naszą rozmowę?

F.W.:

Dziękuję, że zaproponowała mi Pani to spotkanie. Wierzę, że okazji do rozmowy będziemy mieli jeszcze wiele, a tymczasem życzę Pani wszystkiego dobrego i zapraszam do odwiedzania mnie przy okazji kolejnych wystaw, które, mam nadzieję, niebawem będą miały miejsce.

MAGAZYN